Strzelczanin wspinał się na Mont Blanc

W ostatnim marcowym numerze „Ziemi Strzeleckiej” ukazał się wywiad z pochodzącym ze Strzelec Kraj. Michałem Kierusem. Pasją 27-latka są góry. Traktuje to na tyle poważnie, że w lipcu ubiegłego roku próbował zdobyć najwyższy szczyt Alp – Mont Blanc. Niewiele zabrakło, wspiął się na wysokość 4400 m n.p.m. Naszej gazecie opowiedział o tej wyprawie, a także o planach wspinaczkowych na najbliższe lata.

Jak zaczęła się twoja przygoda ze wspinaniem?

MK. Moja miłość do gór, zaczęła się jeszcze za czasów dzieciństwa. Zaszczepili ją we mnie moi rodzice, którzy zabierali mnie na wycieczki w góry czy to zimą na narty, czy to latem na piesze wędrówki. Od tego wszystko się zaczęło. Przez okres studiów w Poznaniu należałem do Studenckiego Klubu Górskiego – Czogori. Wraz z tym klubem zjeździliśmy praktycznie całe Karkonosze, wędrując po górach, rozwijając przy tym moją fascynację. Pierwszą poważną wspinaczką była właśnie wyprawa na Mont Blanc, skok od razu na głęboką wodę. To tam zakochałem się w górach bezgranicznie i zrozumiałem, że ta góra to dopiero początek.

Jak przebiegała ta wyprawa?

MK. Przygotowania rozpocząłem w styczniu 2018 roku. Od tego czasu zacząłem dokompletowywać sprzęt potrzebny do tej wyprawy oraz rozpocząłem treningi fizyczne. Ekipa, z którą jechałem, była już wcześniej na szczycie Mont Blanc, więc jeśli chodzi o sprawy dotyczące sprzętu czy przygotowań fizycznych bazowałem na ich doświadczeniu. A co do samej wyprawy … Ten wyjazd w góry mogę śmiało nazwać wycieczką życia! Nie tylko ze względu na widoki, od których aż zapierało dech w piersiach, ale również ze względu na to, że w wielu przypadkach na trasie musisz przezwyciężać swoje słabości i faktycznie zawalczyć o swoje życie. Ktoś kiedyś pięknie o mnie powiedział, „szalony aż za bardzo”, dopiero teraz wiem, ile w tym krótkim zdaniu było prawdy. Bez żadnego przeszkolenia ani zabezpieczenia o 2 nad ranem wspinałem się po 600- metrowej pionowej skale. Jedyne źródło światła pochodziło z mojej czołówki, czyli widzisz na maksymalnie 5 metrów. Przebiegałem przez Wielki Kuluar, z którego mniej więcej co 15 minut sypią się kamienne lawiny, które co roku zabierają kogoś ze sobą. Szedłem po grani szerokiej na pół metra, otoczony szczelinami lub skarpami po 400-500 metrów. I to właśnie tu doświadczyłem na własnej skórze, jak potężna jest natura i jak silny potrafi być wiatr… IMGW mnie o tym nie ostrzegało (śmiech). Szedłem przez lodowiec niczym po białej pustyni, gdzie sięgał mój wzrok, tam był tylko śnieg. Zmagałem się z chorobą wysokościową. Swoją drogą niesamowite uczucie, bierzesz głęboki wdech, a mimo to się dusisz. Z początku drętwieją dłonie i stopy, a później po prostu przestajesz je czuć. Wisienką na torcie jest najpotężniejsza migrena, jaką mogę sobie wyobrazić, która atakuje od samej pobudki o 01:15 nad ranem i trzyma do 22:00, jak idziesz spać.

Ale było warto?

MK. Ale… co najważniejsze! Widok wschodu słońca wznoszącego się ponad chmurami, poczucie, że robisz coś co przekracza twoje granice, zdobywanie własnoręcznie wody ze strumieni lodowcowych ukrytych pod śniegiem sprawiają, że nie zapomnę tej wycieczki. Ogrom tych gór, świadomość, że jako człowiek jesteś tylko pyłkiem, okruszkiem na tym świecie i możliwość przewartościowania swojego życia – zostanie to ze mną do końca. Nigdy również nie doświadczyłem takiego piękna przyrody z tak bliska. Krajobrazy, których uroku nie odda żadne zdjęcie. Piękno gór i przyrody, a także jej niepojęta siła, będą mi się śniły. Tego jestem pewny. A i najważniejsze, wracam tam za 2 lata. Za dobrze siebie znam, żeby uwierzyć, że odpuszczę zdobycie szczytu.

Czy miałeś do tej pory jakąś ekstremalną sytuację podczas wyprawy?

MK. Kojarzę dwie takie sytuację z Mont Blanc. Pierwszą było zgubienie drogi podczas podejścia do schroniska Gouter, gdy wchodziliśmy drogą przez Couloir du Gouter – miejsce słynące z lawin kamiennych. Pragnąc wejść na lodowiec przed wschodem słońca, wyruszyliśmy ze schroniska o 1:00 w nocy. Widoczność z pomocą czołówki kończyła się na paru metrach w przód, a trzeba było się spieszyć, gdyż w każdym momencie mogą zacząć lecieć z góry kamienie. Pośpiech spowodował, że w pewnym momencie źle skręciliśmy i zaczęliśmy się wspinać trasą, na której nie było możliwości przypięcia się liną, żeby się zabezpieczyć. Nie pomagała nam świadomość, że tydzień przed naszym przyjazdem, w pobliżu gdzie się aktualnie znajdowaliśmy, zginęła Polka. No, ale jesteśmy w górach, prawda? Więc trzeba iść w górę! Nie wracamy, ale każdy ruch teraz nabierał dużego znaczenia. Tempo wspinaczki spadło nam drastycznie, ponieważ przed każdym podciągnięciem się na skale należało sprawdzić, czy dana półka skalna wytrzyma nasz ciężar. Parę skał odleciało, gdy ich tylko dotknęliśmy, nie zdajesz sobie sprawy jak „motywująco” to działa na twój wewnętrzny spokój (śmiech). Mimo to udało nam się dotrzeć na lodowiec dostatecznie wcześnie, żebyśmy byli świadkami najpiękniejszego wschodu słońca, jaki dany mi było ujrzeć. Serio, śni mi się do teraz po nocach i sprawia, że chcę tam wrócić. Nagrany przeze mnie filmik z tego wydarzenia nawet w połowie nie oddaje tego widoku i dumy, że wszedłeś tu o własnych siłach. Ruszyłem dalej na lodowiec pewny, że najgorsze mam za sobą. A to właśnie tu, gdy przechodziłem granią, doświadczyłem potęgi natury wiatru. 90-kilogramowy facet, ubrany w raki z kijkami wbitymi w śnieg, upadłem pod naporem wiatru, nie mogąc w żaden sposób z tym walczyć. Zabrzmi to śmiesznie, gdyż grań przebiega w pobliżu granicy, więc jeśli upadniesz na niej i zaczniesz się ześlizgiwać, to nagle z Francji przedostajesz się do Włoch.  Na szczęście nie musiałem w ten sposób przekraczać granicy i zatrzymałem się dość szybko – i tu właśnie doceniłem, jak ważny jest sprzęt, bo to dzięki rakom jedynie zobaczyłem, co by mnie czekało, a nie musiałem tego doświadczyć.

Jak reagują najbliżsi na tę pasję?

MK. Tu muszę się pochwalić, gdyż mam ogromne wsparcie w mojej rodzinie. Cieszą się, widząc moje zaangażowanie i starają się jak mogą mnie w tym wesprzeć. Czy to prezentując mi pod choinkę książki o tematyce wspinaczkowej, czy wysyłając linki do artykułów znalezionych w sieci. Moja rodzina i dziewczyna znają statystyki, wiedzą, że te wyprawy zawsze okraszone są ryzykiem, że przy nieodpowiednim ruchu, jakimś błędzie, mogę nie wrócić. Dlatego przed każdą wyprawą, mimo że jestem dobrze do tego przygotowany, to jeszcze raz osobiście muszą się upewnić czy „spodziewam się niespodziewanego”

Wyprawy wysokogórskie są bardzo kosztowne, jak finansujesz swoje ekspedycje?

MK. Najbardziej kosztowny jest sprzęt, ale według mnie na nim nigdy nie powinno się oszczędzać, w końcu to w dużej mierze od niego zależy, czy wyprawa zakończy się sukcesem. Nie wyobrażam sobie wejść na lodowiec bez pewności, że moje buty to wytrzymają lub czy lina, na której wiszę, nie puści. Oczywiście, co do kosztów, jeśli o wiele wcześniej zacznie się przygotowania do wyprawy, można skompletować sprzęt po cenach promocyjnych, a to zawsze cieszyło moją oszczędną duszę. Zawsze miałem smykałkę do oszczędzania i nie lubiłem bezsensownie wydawać pieniędzy, dzięki czemu jakoś udaje mi się pogodzić wyjście z dziewczyną do kina, ale i odłożenie paru złoty na wspinaczkę. Jak na razie nie słyszałem, żeby Amandzie to przeszkadzało (uśmiech).

Czy masz jakiegoś górskiego mentora, kogoś, kto szczególnie Cię inspiruje?

MK. Jest wielu, którzy mnie inspirują. Czy to pozytywnie zakręcony Adam Bielecki, którego książkę czytałem z wypiekami na policzkach, czy bohaterki książki Himalaistki – Wanda Rutkiewicz, Dobrosława Miodowicz-Wolf, itd. Jednak największą inspiracją do łamania własnych barier i pokonywania granic, które mamy w głowie, był dla mnie Janek Mela. Miałem to ogromne szczęście poznać Janka osobiście i porozmawiać z nim zarówno o jego życiorysie, ale i samych wyprawach na oba bieguny Ziemi i szczyt Elbrusa. Jego pozytywne nastawienie do życia, chęć niesienia pomocy innym i nieustana chęć działania sprawiły, że przewartościowałem niektóre aspekty życia i jeszcze mocniej zakochałem się w przyrodzie.

Jakie masz najbliższe plany związane z alpinizmem?

MK. Jedni piszą codziennie rano plan dnia – co i kiedy dokładnie zrobią. Drudzy nie, bo czują, że plany ich ograniczają. No, bo też nigdy nie wiadomo, co dzień przyniesie… Osobiście należę do tej drugiej grupy, która preferuje spontaniczne podejście do życia. Dla przykładu, na początku tego miesiąca pojawił się pomysł przejścia Orlą Percią i utkwił tak mocno w głowie, że w lipcu możesz się spodziewać sprawozdania z tej wycieczki na moim blogu. Co do „poważniejszych” podróży, to wiem, że do trzydziestego roku życia muszę zdobyć najpiękniejszy szczyt Kaukazu – Kazbek 5033 m n.p.m. oraz najwyższą górę w Europie, czyli Elbrus (5642 m n.p.m.), także mam jeszcze parę lat na spełnienie marzeń. Dopowiem tylko, że po cichutku w środku rodzi się u mnie pomysł wyprawy w Himalaje, ale nie mówcie o tym jeszcze moim rodzicom (śmiech).

W takim razie życzę dobrych warunków na  górskich ścianach, wielu metrów wspinaczki i bezpiecznych powrotów, a także realizacji planów.                                  

Dziękuję za rozmowę

Agnieszka Lech

fot. archiwum prywatne

Zainteresowanych zachęcamy do odwiedzania profilu Michała Kierusa na Facebook, gdzie niebawem poda swój adres na bloga.

Sprawdź również…