Strzelczanie też robią sobie tatuaże

Historia tatuaży i samej czynności ich wykonywania jest bardzo bogata i sięga początków ludzkiego istnienia. Trudno dokładnie określić czas powstania sztuki tatuażu. Pewne odkrycia archeologiczne sugerują, że mogło to nastąpić już w epoce młodszego paleolitu, czyli około 40–14 tysięcy lat p.n.e. Naturalna potrzeba zdobienia ciała towarzyszy człowiekowi od samego początku. Według antropologów pokrywanie ciała tatuażami i bliznami może mieć sporo znaczeń. Do dziś mają one wiele wymiarów i funkcji np. rytualne, ochronne, upamiętniające, podkreślające status czy przynależność do danej grupy. Przedstawiciele różnych zbiorowości wierzą, że zapewniają one szczęście, młodość czy powodzenie w miłości. Nie sposób wymienić w tak krótkim artykule znane nam postaci historyczne, które posiadały tatuaż. Nie ma jednak wątpliwości, iż tatuowały się wszystkie ludy na świecie, a obecność tej sztuki zanotowana jest w każdej znanej społeczności. Ewolucja zjawiska tatuowania trwała tysiąclecia. Wraz z rozwojem cywilizacji tatuaż przybierał różne funkcje. W pewnych okresach tatuaż był symbolem władzy i siły, w innych utożsamiano go z haniebnym, przestępczym procederem. W jednym środowisku tatuaż wynosił na piedestały, w innym – degradował i upadlał wytatuowanego człowieka. Mimo negatywnego postrzegania w pewnych epokach, tatuowanie nie tylko nie zanikło, ale przeżywa obecnie swego rodzaju renesans. Sztuka tatuażu wykroczyła poza obręb tak zwanego marginesu społecznego. Pojawiała się w środowiskach akademickich, artystycznych (w których zresztą istniała już w XIX wieku) i młodzieżowych i stała się jedną z dziedzin artystycznych.

O kulisach pracy współczesnego tatuatora opowie Sebastian Weselski mieszkaniec naszego powiatu, który od niedawna tatuuje strzelczan. Sebastian pochodzi z Drezdenka, a tatuaże towarzyszą mu już od wielu lat.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz miałeś styczność z tatuażem?

To był chyba 1995 rok, miałem wtedy 16-17 lat. Kolega miał brata w Międzychodzie, który próbował robić tatuaże. Miał własnoręcznie zrobioną bardzo prymitywną maszynkę, którą nazywano „kolka”. Składała się z ołówka, małego drewienka, struny od gitary i kawałka sznurka, który pełnił rolę sączka do tuszu. Używał tuszu kreślarskiego „Perła”, był on wtedy bardzo popularny. Takim oto narzędziem brat bratu wytatuował na ramieniu pierwszą literę zespołu „Sepultura”, była ona o tyle niezwykła, iż wyglądała jakby była zrobiona z kości. Trwało to dobre 8-10 godzin. Spodobał mi się sam akt tatuowania, zmontowałem sobie taką kolkę i później robiłem proste kształty kolegom.

Czyli tak po prostu zacząłeś tatuować? Nigdy wcześniej nie uczyłeś się tego robić?

Od przedszkola lubiłem rysować i malować, moja mama pracowała jako przedszkolanka i często zostawałem w przedszkolu dłużej niż inne dzieci. Dawała mi wielką ryzę papieru i wypełniałem ją rysunkami. W późniejszych latach uczęszczałem na zajęcia do Domu Kultury. Kiedy pojawił się w moim życiu tatuaż, to po prostu wiedziałem, jak chcę go narysować. Nie dlatego zacząłem tatuować, bo potrafiłem rysować. Nawet, kiedy zacząłem pracować z pierwszymi maszynkami do tatuażu, to nie był to rozwój tego pierwotnego talentu.

A jak wyglądały późniejsze maszynki?

Budowało się je np. z długopisu bez wkładu, mocowało do silniczka wyciągniętego z walkmana, poruszało się to podobnie do kół od lokomotywy, co pozwalało na zapełnianie większych powierzchni tuszem.

Czy zdarzają się klienci, którzy proszą, abyś zaprojektował coś specjalnie dla nich?

Tacy klienci zdarzają się bardzo rzadko, ale owszem, są, i to właśnie z nimi lubię pracować najbardziej. Często trafia się osoba, której podoba się wszystko i nie ma sprecyzowanych wymagań, co do wzoru, techniki czy symboliki. Wtedy pracuje się świetnie, jak na czystym płótnie. Tatuaż powinien zdobić i ludzie powinni robić sobie coś, co ich nie znudzi i ciągle będzie zaskakiwać.

Co cię inspiruje? Masz ulubioną tematykę?

Lubię portrety, podoba mi się rysowanie twarzy. Przestrzenne formy, np. budynki, widoki na panoramy. Podoba mi się także klimat starych greckich rzeźb. Ciekawe są też wyobrażenia, przedstawienia mitologicznych bóstw i stworzeń, można wtedy „poszaleć”.

Czy masz takie wzory, które ci się znudziły?

Jest ich sporo: piórka, znaki nieskończoności, ptaszki, dmuchawce, różne napisy szczególnie po angielsku i łacinie, które się często powtarzają. To są tatuaże, których nawet nie muszę specjalnie projektować, robię je od ręki. Zazwyczaj staram się ludzi zniechęcić do tych wzorów i proponuję coś innego. Czasem zdarzają się sytuacje, że klienci wchodzą z jakimś pomysłem, a wychodzą z czymś kompletnie innym na ciele.

Jak tatuujesz, to potrzebujesz stuprocentowego skupienia, czy jest to dla ciebie jakaś forma relaksu?

Mam takie stany, momenty, że „odlatuję” i nie myślę. Robię coś, jest postęp w pracy, ale nie pamiętam np. godziny z kilkugodzinnej sesji. Najczęściej zdarza mi się to, gdy tatuowany zaśnie, nie odzywa się, albo „bawi się” telefonem. Nie lubię, jak do studia przychodzi na raz wiele osób, wszyscy chcą popatrzeć, robi się wtedy hałas i trudno jest się skupić w takich warunkach. Generalnie czerpię z tej pracy wielką radość.

Z jakich powodów ludzie robią sobie tatuaże?

Powodów jest tyle, ile osób, które do mnie przychodzą. Niektórzy chcą „bo taka jest moda”, a inni chcą coś upamiętnić. Ja osobiście zapamiętam na długo jednego klienta, był dużym dobrze zbudowanym mężczyzną i chciał wytatuować portret swojego kota. Kiedy próbowałem mu uświadomić, że nie będzie do niego pasował, wyjawił mi, że bardzo go kochał, a kot bronił go przed jego matką, gdy przychodziła zdenerwowana z wywiadówki. Po prostu był dla niego bardzo ważny. Zdarzało mi się też zakrywać tatuażem blizny po ciężkich wypadkach. Miło było później patrzeć na radość w oczach tych ludzi.

Czy jest coś, czego nie można wytatuować?

Zapewne są takie wzory, ale chętnie podejmuje wyzwania i jak na razie to się udaje. Jedyną przeszkodą mogą być ograniczenia techniczne wynikające ze specyfiki ludzkiej skóry i trzeba pamiętać, że tego nie da się zmazać.

W jakim wieku masz klientów?

Ze Strzelcami dopiero zaczynam moją historię, ale zauważyłem już sporą różnicę między tym miastem a np. Drezdenkiem. W Drezdenku przeważnie pojawiają się ludzie młodzi, powiedzmy 30-latkowie i młodsi. W Strzelcach z kolei 30-40 latkowie, bardzo mało mam klientów w wieku 20 lat. Muszę przyznać, że strzelczanie robią sobie dosyć duże i przemyślane formy. Pojawiają się u mnie ludzie pracujący w różnych zawodach. Byli strażacy, policjanci, biznesmeni i służba zdrowia. Jeśli chodzi o płeć, to jest to wyrównane. Choć przyznaję, że kobiety są zdecydowanie bardziej odporne na ból i wytrzymują wielogodzinne sesje.

Rozmawiała Sara Michalczuk

Aby zobaczyć prace Sebastiana, należy przejść na jego Facebook’a

Sprawdź również…