Katastrofa nadchodzi

Tak źle z demografią w Polsce jeszcze nie było. Ubywamy w rekordowym tempie. W niecały rok znika liczba ludzi wielkości Gorzowa. Tylko 9 na 380 powiatów w Polsce miało w zeszłym roku więcej urodzin niż zgonów. Czy jest szansa na zmianę trendu, czy lepiej przyzwyczajać się do tego, co niesie ze sobą demograficzny niż?

Ponad 800 tysięcy przed wojną i ponad 600 tysięcy tuż po wojnie – tak wyglądają historyczne statystyki narodzin w naszym kraju. A w ubiegłym roku na świat przyszło… zaledwie 239 tysięcy polskich dzieci. Jeśli zestawimy to z zeszłorocznymi zgonami, wychodzi, że populacja w naszym kraju zmniejszyła się w ostatnim roku o blisko 160 tysięcy osób. To tak, jakby z mapy Polski wyparowały miasta wielkości Koszalina, Zielonej Góry czy Kielc. – Obserwowane procesy demograficzne wskazują, że sytuacja ludnościowa Polski pozostaje trudna. W najbliższej przyszłości nie należy oczekiwać istotnych zmian – pisze w swoim raporcie Główny Urząd Statystyczny, sugerując, że polskie miasta będą się regularnie kurczyć.

PUSTE SZKOŁY I PORODÓWKI

W naszym mieście jeszcze 15 lat temu mieliśmy ćwierć tysiąca narodzin, w zeszłym roku tylko 67. W Gorzowie spadki urodzeń też są wyjątkowo bolesne. W 2025 roku na świat przyszło ok. 450 dzieci – dla porównania, tyle maluchów rodziło się w gminie Strzelce jeszcze 30 lat temu! Szacuje się, że miasto wojewódzkie straci status stutysięcznego w ciągu najbliższych pięciu lat. Lubuskie nie jest wyjątkiem na mapie Polski, ale według socjologów w naszym regionie aż 19 gmin w ciągu 30 lat straci połowę ludności. W przypadku Babimostu i Iłowej będzie to aż 60% ubytku w populacji, ponad 50% mieszkańców ubędzie m.in. w Bytomiu Odrzańskim, Bledzewie i Starym Kurowie. – Depopulacja nie jest jedynie problemem statystycznym, lecz doprowadzi do głębokich zmian społecznych, gospodarczych i kulturowych, niedoborów pracy, presji na systemy opieki oraz przekształcenia relacji międzypokoleniowych – mówi profesor Mariusz Kwiatkowski, socjolog Uniwersytetu Warszawskiego.

W stolicy województwa rodzi się dziś tyle dzieci, ile kiedyś rodziło się w Strzelcach

W zeszłym roku z blisko czterystu powiatów tylko osiem, skupionych wokół Wrocławia, Poznania, Krakowa i Gdańska, miało dodatni przyrost naturalny. W pozostałych ubyło mieszkańców. Pamiętajmy, że nie chodzi wcale o nagły wzrost zgonów, bo żyjemy dłużej, tylko drastyczny spadek narodzin. Ten fakt odczuwają powiatowe szpitale. Każdego miesiąca pojawia się informacja o zamknięciu kolejnych porodówek w Polsce. Szpital w Drezdenku wciąż tej decyzji nie podjął, ale zawieszenie oddziału dalej jest utrzymane. Żeby móc prowadzić porodówkę na kontrakcie, który wypłaca NFZ, każdego roku musi rodzić się w szpitalu ponad pół tysiąca dzieci. To na dziś liczby nieosiągalne. – W 2024 roku odebrano w naszej lecznicy 223 porody, a w 2025 od stycznia do października zaledwie 123 – informuje Daria Bogdziewicz-Peszko z Powiatowego Centrum Zdrowia w Drezdenku. Spadek liczby dzieci powoli odczuwalny jest także w oświacie. Dziś jedynie w miejskich szkołach wciąż słychać gwar na korytarzach. W wiejskich placówkach z roku na rok jest coraz bardziej pusto. Gmina Strzelce była zmuszona do zamknięcia szkoły w Wielisławicach, bo klasy liczyły po dwie, trzy osoby. Na razie w Ogardach i Tucznie klasy pierwsze będą liczyć odpowiednio 8 i 7 osób. Ale patrząc na młodsze roczniki, sytuacja zmieni się na gorsze. – Spadek jest radykalny, ok. pół tysiąca dzieci zniknie nam w gminie z systemu szkolnego. Podczas gdy obecnie w każdej strzeleckiej szkole jest ponad 500 uczniów, to za 8 lat będzie ich niewiele ponad 600 łącznie w obydwu szkołach – mówi Monika Sikora, dyrektor gminnej oświaty. Szacuje się, że do końca roku w Polsce zamknie się 300 szkół i przedszkoli.

TRENDU NIE COFNIEMY, ALE CHOCIAŻ GO WYHAMUJMY

Czy to oznacza, że Polacy nie chcą mieć dzieci? Okazuje się, że nie do końca tak jest. Z badań CBOS-u wynika, że blisko połowa badanych młodych osób chciałaby mieć dwoje, a co czwarty nawet trójkę maluchów. Tylko co dziesiąty badany wskazał, że nie chce zostać rodzicem. Gdzie więc leży problem? W opinii naukowców istnieją bariery w codziennym życiu, które opóźniają decyzję o prokreacji. – Powinniśmy się pod tym kątem przyjrzeć rynkowi pracy, mieszkalnictwu, służbie zdrowia, usługom społecznym – mówi profesor M. Kwiatkowski. – Czeka nas „epoka po szczycie”. Tylko odpowiednia polityka społeczna, migracyjna i prorodzinna może pomóc społeczeństwom przystosować się do życia w warunkach kurczącej się populacji – dodaje. Bo zagrożenia wynikające z obniżenia dzietności mogą być katastrofalne. To nie tylko puste budynki po zamkniętych szkołach czy szpitalach. To także rynek pracy, na którym zacznie brakować rąk budujących stabilność krajowej gospodarki. A co za tym idzie, potencjalne zagrożenie dla systemów emerytalnego i zdrowotnego, które już dziś mają poważne problemy z utrzymaniem seniorów w godnym życiu. Dlatego władze krajowe i samorządowe powołują zespoły, które mają się mierzyć z tym wyzwaniem. Takie grupy powołane zostały m.in. przy Prezydencie RP i Marszałku Województwa. Nasz lubuski zespół przygotował właśnie rozwiązania, które mają przynieść korzyści rodzicom i ułatwiać im decyzje o rodzicielstwie. Szefuje mu właśnie prof. Mariusz Kwiatkowski. Rozwiązania przygotowane przez naukowców i urzędników testowane są dziś w Krośnie Odrzańskim. – Chcemy uruchomić mobilne kluby rodzinne, w ramach których rodzice mogą skorzystać z zajęć relaksacyjnych, doradztwa specjalistycznego prowadzonego przez ekspertów czy zajęć rozwijających dla dzieci. Dodatkowo mieszkańcy będą mogli skorzystać z Lubuskiej Akademii Przyszłości, której celem jest integracja międzypokoleniowa – mówi Jakub Piosik, dyrektor Departamentu Europejskiego Funduszu Społecznego. – Do walki z depopulacją wykorzystujemy też unijne dotacje. Świetnym przykładem są projekty, w ramach których nastąpiło przekształcenie ośrodków pomocy społecznej w centra usług społecznych. W naszym województwie na ten cel wsparcie otrzymało 27 gmin, w tym Strzelce Krajeńskie – dodaje.

Polityka Izraela buduje przyrost naturalny, ale to nie jest droga dla Polski

Według samorządowców CUS-y nie rozwiążą jednak wszystkich problemów z depopulacją. – To bardziej leczenie niż zapobieganie. Rolą gmin jest tworzenie dobrych warunków dla młodych małżeństw. W gminie Strzelce mamy żłobek, trzy przedszkola, kilka szkół. Wszystkie dobrze wyposażone i kształcące w nowoczesny sposób. Budujemy też mieszkania czynszowe, a w naborach promujemy rodziny. Są niestety problemy z rynkiem pracy, ale mamy nadzieję, że i tu sytuacja się unormuje. Niewykluczone, że pilotaż z mobilnymi klubami rodzinnymi uda się nam też ściągnąć do Strzelc – mówi Mateusz Karkoszka, sekretarz miasta. – Liczymy też na rozwiązania państwowe. Nawet na reformę administracyjną. Kurczące się gminy muszą zacząć rozmawiać o łączeniu swoich potencjałów. Bo będzie ubywać burmistrzów, a przybywać wójtów – dodaje. Należy mieć nadzieję, że wyhamowanie trendu się powiedzie, bo na jego odwrócenie raczej nie ma szans. – Nie znam przesłanek empirycznych, które uprawniałyby stwierdzenie, że odwrócenie sytuacji jest możliwe. Pewnym wyjątkiem w skali świata jest Izrael, gdzie pronatalistyczne nastawienie grup ortodoksyjnych utrzymuje wysoką dzietność. To nie jest jednak dla nas wzór, ponieważ nam zależy na jakości życia, której w środowiskach fundamentalistycznych brakuje. A to właśnie wysoka jakość życia musi być naszym celem, jeśli chcemy poprawić demografię w Polsce – kończy M. Kwiatkowski.

oko

MAMY KRYZYS RELACJI, ALE MUSIMY TEŻ ZADBAĆ O BEZPIECZEŃSTWO

Rozmowa z Elżbietą Rafalską, byłą Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, doradcą Prezydenta RP ds. demografii.

W jakiej sytuacji demograficznej znalazła się dziś Polska? W złej. Zmienia się struktura ludności, starzejemy się jako społeczeństwo z powodu spadku liczby urodzeń i wzrostu liczby zgonów. Nie jest też żadną pociechą fakt, że kryzys demograficzny dotyka nie tylko Polskę, ale całą Europę. Mamy wskaźnik płodności na poziomie 1,1, a do zagwarantowania tzw. prostej zastępowalności potrzebny jest wskaźnik 2,1. Dodam, że w największym powojennym wyżu demograficznym urodziło się blisko 800 tys. dzieci. Mamy więc zapaść demograficzną, mniej jest nas w Lubuskim, w Strzelcach, Skwierzynie i Gorzowie.

Jedni mówią o wygodzie, inni o sytuacji ekonomicznej, słychać też o modzie, która przyszła z zachodu. Gdzie leży główny problem? Tu nie ma prostych odpowiedzi. Ilość czynników wpływających na decyzję o małżeństwie, związkach i dzieciach jest mocno zindywidualizowana. W 2016 roku, kiedy rząd wprowadzał Program 500+, Polacy mówili: „chcemy mieć więcej dzieci, ale nie chcemy, by rosły w biedzie” – to były czasy wysokiego bezrobocia, niskich zarobków i biedy rodzin wielodzietnych. Wiem to doskonale, bo byłam Ministrem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Dzisiaj duże znaczenie, poza sytuacją materialną, mieszkaniową czy pracą, odgrywają czynniki kulturowe, tożsamościowe, aspiracje zawodowe, w tym też moda na bezdzietność. Pierwsze dziecko w Polsce rodzi kobieta około 30. roku życia, co jest często powodem rezygnacji z kolejnego dziecka. Eksperci mówią też o kryzysie relacji między kobietami i mężczyznami. I jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa, bo ono dla rodzin jest istotne. To bezpieczeństwo szeroko pojmowane, czyli geopolityczne, materialne, zdrowotne i zatrudnienia.

Czy na walkę z depopulacją nie jest już za późno? Musimy pokazać politykę przyjazną rodzinom, doceniać wysiłek wychowania, stosować ulgi dla rodzin wielodzietnych i premiować je. Bez dzieci, bez młodych nasze miasta będą się zwijać, będą zmarginalizowane. Ciekawe polityki lokalnych rozwiązań prowadzą Czesi i Węgrzy. Dobra edukacja, wysoki poziom nauczania, dostępne usługi zdrowotne, atrakcyjne miejsca pracy, ale też wypoczynku i mieszkania. Zawsze też „pańskie oko konia tuczy”. Dobry gospodarz to ten, który wie, ile znaczy społecznie rodzina, docenia ją i pamięta o niej, tworzy dobry klimat dla rodzin i buduje wygodne miejsce do życia i pracy.

Oko

You may also like...

Skip to content