„Uratowaliście mi życie” – PCPR szuka rodzin zastępczych
Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie poszukuje osób gotowych stworzyć dom dla potrzebujących dzieci. Zainteresowani mogą zgłaszać się bezpośrednio do placówki, która oferuje wsparcie na każdym etapie procesu.
Obecnie na terenie powiatu funkcjonuje około 50 rodzin zastępczych, w których przebywa zazwyczaj od 80 do 90 podopiecznych. Są to rodziny zawodowe, niezawodowe oraz spokrewnione, tworzone np. przez dziadków lub rodzeństwo.
– Na podstawie 25-letniego doświadczenia mogę powiedzieć, że takich domów cały czas jest za mało. Zwiększa się liczba rodzin spokrewnionych, a jednocześnie obniża się wiek dzieci potrzebujących pieczy zastępczej – mówi Alicja Krajewska, dyrektor PCPR w Drezdenku. – Niestety, nie mamy już pogotowia rodzinnego, do którego trafiały dzieci bezpośrednio z interwencji – dodaje.
Rodzicem zastępczym może zostać praktycznie każdy, kto spełnia ustawowe warunki i chce pomóc dzieciom. Pierwszym krokiem jest kontakt z PCPR w Drezdenku. Pracownicy placówki sprawdzają, czy kandydaci mają odpowiednie warunki bytowe.
– Nasz pracownik weryfikuje na przykład, czy dziecko będzie miało własne miejsce do spania i nauki – wyjaśnia dyrektor Krajewska.
Centrum musi również sprawdzić, czy chętni nie są pozbawieni władzy rodzicielskiej nad własnymi dziećmi, czy nie byli karani oraz czy nie widnieją w Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Wymagane są także badania psychologiczne.
– Nie należy się jednak zniechęcać. Organizujemy szkolenia i spotkania, pomagamy przejść przez całą procedurę. Jeśli po spełnieniu wymogów kandydaci uznają, że nie są jeszcze gotowi na przyjęcie dziecka, do niczego nie zmuszamy. Zachęcamy do kontaktu, wszystko wyjaśnimy – tłumaczy dyrektor.
Opiekunowie przyznają, że to niezwykle odpowiedzialna funkcja, która rzutuje na całą przyszłość młodego człowieka.
– Dziecko to nie zabawka, to żywy człowiek, który wchodzi w życie całej naszej rodziny. Jeśli mamy własne dzieci, one także stają się częścią tego systemu, podobnie jak nasi rodzice czy rodzeństwo. Przyjmując podopiecznego, musimy liczyć się z tym, że on chłonie wszystko, co mu dajemy, ale też zostawia trwały ślad w nas samych – opowiada pani Renata (nazwisko do wiadomości redakcji), która od ponad 20 lat prowadzi zawodową rodzinę zastępczą.
Pani Renata podkreśla, że najtrudniejsze wcale nie są rozstania z dzieckiem, które idzie do adopcji, lecz momenty bezsilności.
– Czasami trafia do nas nastolatek z ogromnymi bagażem problemów. Mimo wielu prób i wsparcia, zdarza się, że konieczna jest pomoc specjalistycznych ośrodków. To są najgorsze chwile. Nie moment, gdy dziecko idzie do adopcji, bo to przecież dobra wiadomość, ale właśnie czas, gdy okazuje się, że nie jesteśmy w stanie sami mu pomóc. Bardzo to przeżywamy – wyznaje.
Mimo trudów, praca ta przynosi mnóstwo radości.
– Najmilszy moment? Gdy dorośli już wychowankowie, którzy mają własne rodziny, pamiętają o nas i odwiedzają nas. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy ponad 30-letni mężczyzna przyjechał do nas i powiedział, że uratowaliśmy mu życie – wspomina pani Renata. Kto zatem powinien zdecydować się na ten krok? – Ten, kto rzeczywiście czuje potrzebę pomagania. Realnie i prawdziwie. Ktoś, kto jest gotowy przyjąć dziecko z jego własną, nieraz trudną i odrębną historią – podsumowuje.
rt
















